sobota, 3 maja 2014

Potrzeba matką... wynalazku?

Wysiadł prąd. Stara kamienica, stare przewody, stare korki. Wszystko stare. Tylko lokatorzy mieszkania młodzi. Trzy dziewczyny nie mające pojęcia o elektryce. Nietrudno się domyślić, że nie było łatwo. Oczywiście największą tragedią był brak internetu, uroki XXI wieku. W końcu udało się tę sytuację opanować, z pomocą jednego ze współlokatorów. Same byśmy sobie nie poradziły, chociaż okazało się, że wystarczyło coś włączyć na klatce schodowej. 
Jestem typem osoby, która nienawidzi być niezaradna. Wolę sama sobie radzić z problemami, a nie polegać na innych (ach ta niezależność!). Zdecydowanie daleko mi do bezradnej księżniczki czekającej na ratunek. Ale właśnie takie momenty w życiu uświadamiają ile jeszcze trzeba się nauczyć. Moja lista jest dość długa. Wiadomo, nie można umieć wszystkiego i zawsze znajdzie się coś, czego nie będziemy potrafili zrobić. Ale jednak, są pewne podstawy, które należałoby opanować. 
Ciekawe, że póki nie złapiemy gumy, nie zatka się zlew, czy nie wypadną drzwi z zawiasów, nie myślimy o takich rzeczach. Póki wszystko działa, jest cudownie. Gorzej jest jak przestaje działać, fatalnie, jeśli nie potrafimy tego naprawić. Prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, kiedy nie ma kogoś kto mógłby nam w tym pomóc. Najprostsze, życiowe sprawy stają się nagle przeszkodą nie do przeskoczenia. 
Uczynna para youtube i google nie zawsze potrafi pomóc (albo po prostu nieumiejętnie się z nich korzysta). Ale, jak to mówią, Polak mądry po szkodzie. Póki nie przydarzy się jakieś nieszczęście, nie myślimy o nabyciu podstawowych zdolności, nawet takich, jak wiązanie krawata. 
Przez żenującą sprawę "Pralki, co robi spięcia" postanowiłam wdrożyć inne podejście. Raz w miesiącu nabyć umiejętność, która, może nie przyda się w tym momencie, ale w przyszłości z pewnością uprości życie. W maju zacznę łagodnie. Skoro jest wiosna i zaczął się sezon rowerowy, stawiam na naprawienie dętki i zakładanie łańcucha rowerowego. 
Obym nigdy więcej nie musiała dzwonić do ojca po instrukcje, w tak głupiej sprawie.

czwartek, 1 maja 2014

Maladie

"- To straszna choroba, ta miłość - ciągnęła Branwen, też przyglądając się żaglom korabia. La maladie, jak mówią ci z południa, z głębi lądu. La maladie d'espoir, choroba nadziei. Samolubne zaślepienie, czyniące krzywdę wszystkim dookoła. [...] "

A. Sapkowski


To jest jeden z moich starych, nieopublikowanych postów. Sprzed trzech lat. Nadal uważam, że jest to bardzo ładny cytat. I bardzo trafny. Blablabla.

Straszna sprawa ta miłość. Bo jak ktoś się zakocha, i to nie jest historia w stylu "i żyli długo i szczęśliwie", to niesamowita klapa. Niszczy życia. Mam tyle przykładów wśród znajomych, przyjaciół, że gdy na to spojrzę z boku, to aż boli. Niespełniona miłość, bo jednostronna. Obiektywnie patrząc niesamowicie toksyczna. I logicznie myśląc, biorąc pod uwagę miliony argumentów przeciw, totalnie bezsensowna sprawa, która powinna się skończyć zanim się zaczęła. Ale jednak nie, katorga tej osóbki trwa już ponad rok, bo ta "druga połowa" nie patrzy na nią jak na potencjalnego partnera życiowego. A na domiar złego "wybranek" jest w udanym związku z kimś innym. Cudowny przykład friendzone. Dramat, po prostu dramat.
Kolejny przykład. Długoletni związek który się skończył. Minął grubo ponad rok, jednemu z nich dawno już udało się poukładać swoje życie na nowo, znaleźć kogoś bardziej odpowiedniego. Miłość uskrzydla. A drugie? Nie potrafi pogodzić się z rozstaniem. Bo połówka nr 1 to ideał. Zamyka się na resztę płci przeciwnej i wręcz płacze po nocach nad swym okrutnym losem. Robi z siebie ofiarę, moim skromnym zdaniem. I to nic, że poznali się lata temu i już dawno każde poszło w swoją stronę, bardzo się zmienili i do siebie nie pasują. Pod koniec ich związku oboje, tak naprawdę, byli nieszczęśliwi. Ale połówka nr 2 jest przez los pokrzywdzona i nie może tego przeżyć. Dramat.
Następna sytuacja - toksyczny związek (ile takich widzimy w swoim otoczeniu, prawda?). I każdy wie, i każdy widzi, i wszyscy rozumieją, nawet ci w związku, że powinni już dawno się rozstać. Bo się kłócą, dążą do innych rzeczy, źle się traktują, nie szanują się nawzajem. Ogólnie to są zaprzeczeniem wszystkiego, czym powinna być dobra relacja. Ale nie, bo to nie takie proste. Bo się "kochają". Rozstają się i wracają do siebie i tak w koło Macieju. Unieszczęśliwiają się nawzajem, a to i tak za delikatnie powiedziane. Ale nie, nie, zamiast nie oglądać się za siebie i znaleźć kogoś innego to będą się trzymać siebie kurczowo. Jakby co najmniej było warto. Bo ze sobą źle, bez siebie jeszcze gorzej. A osobom postronnym to się nóż w kieszeni otwiera, jak to wszystko widzą. No dramat.
Takich przykładów można by wymieniać w nieskończoność. Niestety rzeczywiście rozum w takich sytuacjach chyba nie za wiele pomaga. Patrząc na to wszystko człowiek zadaje sobie pytanie, czy w ogóle warto się pchać w to bagno. Pewnie warto, bo obserwując tych uskrzydlonych, rzygających tęczą, szczęśliwie zakochanych, człowiek zazdrości. Ale miłość przyjdzie sama, nie można jej szukać na siłę. A nawet jak nie przyjdzie, to nie koniec świata. Nie bądźcie żałośni. Jesteście indywidualnościami, jednostkami, dacie sobie radę. Można być szczęśliwym nawet bez kochanka u boku. I to, że tym razem nie wyszło, nie znaczy, że kolejnego już nie będzie. Trochę wiary w siebie i mniej narzekania. Bo jęcząc 'jaki to jestem nieszczęśliwy', na pewno nikogo nie przyciągniecie. Trzeba mieć "wyjebane" i robić swoje, a właściwi ludzie się pojawią na waszej drodze.
Miałam nie dawać rad.. Ale taka już jestem. Daję mnóstwo rad, wszystkim. Czy chcą, czy nie. Trochę inaczej się ten post potoczył niż myślałam, dlatego lepiej skończyć teraz niż w to brnąć. Na zakończenie pozwolę sobie tylko podsumować to jednym, angielskim zdaniem, bo nie potrafię ująć tego dosadniej po polsku. DON'T BE SUCH A WHINY LITTLE BITCH.